Nie wszystko trzeba świętować z hukiem.
Są dni, które proszą o chwilę ciszy.
Albo o spojrzenie na siebie nie przez to, co jeszcze do zrobienia,
ale przez to, co już zostało przeżyte.
Ciało było przy tym wszystkim. Od początku.
Przy tym, co piękne. I przy tym, co trudne.
Przy pierwszym kroku. Przy ostatnim zmęczeniu.
Przy śmiechu, który bolał w brzuchu. Przy łzach, które nie chciały spłynąć.
Było. Trwało. Reagowało.
I nadal tutaj jest.
**Nie musi być idealne.
Nie musi być takie, jak kiedyś.
Nie musi nadążać za oczekiwaniami.**
Ale ono nadal oddycha.
Nadal dźwiga.
Nadal mówi: „jestem”.
W dniu urodzin (albo w każdą inną środę):
– możesz nie robić nic
– możesz pozwolić sobie na ciszę
– możesz spojrzeć w lustro z czułością, nie z oceną
– możesz poczuć wdzięczność – ale nie musisz
– możesz po prostu uznać:
to ciało zrobiło naprawdę dużo. I nadal jest gotowe być przy mnie.
To nie musi być dzień podsumowań.
Może być tylko dzień zauważenia.
Dzień, w którym ciało nie musi robić więcej.
Bo już zrobiło wystarczająco.
I za to – można mu podziękować.
Albo po prostu… dać mu święty spokój. 💚




